Wybraliśmy Qftry

28 Festiwal żeglarski Kubryk
Kamil Piotr Piotrowski, 2 czerwca 2012
Qftry
Fot. Kamil Piotrowski
Od 28 lat festiwal jest wizytówką tego, co w tradycyjnym folku morskim w Polsce godne jest uwagi. Po minionej edycji słychać i widać, że kręgosłup tradycji mocny, choć ubytków nie brakuje a wsparcia z zewnątrz niewiele.

Lubię bywać na Kubryku. Staram się nie opuszczać tego festiwalu, bo to jedyny tak naprawdę szantowy festiwal w Polsce, gdzie nawet piosenka "Gdzie ta keja"* staje się prawdziwą szantą. Tu nie wystąpi nikt, kto nie ma w repertuarze pieśni dawnych pokładów.

Impreza nie dla każdego

Atmosfera panująca na Kubryku jest wyjątkowa i ponoć przypomina tą, która panowała na spotkaniach żeglarzy, gdy ruch szantowy dopiero się tworzył. Jest przyjaźnie, spokojnie, powiedziałbym rodzinnie (większość publiczności to starzy znajomi), a zarazem bardzo profesjonalnie. Sala Łódzkiego Dom Kultury sprzyja takim klimatom, jest bardzo kameralna, przyjemna, ale z dobrym zapleczem (i świetnym oświetleniem, zdjęcia robi się komfortowo - a to też już rzadkość).

Jerzy Rogacki, szef grupy Cztery Refy, jeden z ostatnich strażników tradycji i zawartości szanty w szancie, ma swoją wizję tego festiwalu, i konsekwentnie się jej trzyma. I cieszę się, że ta wizja jeszcze kilkuset osobom odpowiada, bo co roku mogę się spotkać z podobnymi sobie, posłuchać w ilościach przesadnych tego folku morskiego, namagazynować wrażeń na kolejne miesiące.

Dzień pierwszy, był...

Niestety nawał pracy nie pozwolił mi dotrzeć do Łodzi w piątek. Ominął mnie więc m.in. koncert Flash Creep, z robiącą coraz więcej zamieszania na scenie żeglarskiej, młodą Zuzą Łuczak. Słyszałem już, więc wiem, że głos ta dziewczyna ma naprawdę niesamowity, no ale jak się jest córą Izy i Maćka (Cztery Refy, Flash Creep), to nie powinno dziwić. Choć zadziwiać może…

Ominął mnie też koncert Formacji, łączącej świetne historie o dawnym Gdańsku i Wybrzeżu z muzyką rodem z Zielonej, i innej, Wyspy. Przeklimatyczny ponoć był ich koncert nocny w Pubie Keja, tegorocznej tawernie festiwalowej. Jak ich znam - wierzę.

Nie słyszałem też zespołu Drake. Druga ich płyta "Legenda" nie wciągnęła mnie już tak, jak pierwsza - "Talizman", ale koncertowo cały czas się rozwijają, i sam gospodarz, Jerzy Rogacki, dzień później bardzo chwalił za poczynione postępy. Piątek na Kubryku rządzi się swoimi prawami. To dzień ballad i folku, stąd taki a nie inny tego dnia dobór artystów, i nie szanty się wtedy śpiewa, a raczej gra "lirycznie" lub z przytupem.

Szanta rządzi

Dzień drugi to już to, z czego Kubryk słynie, a więc folk morski w tym szant aż do bólu, i zespoły najlepsze w tej działce obecnie w kraju: North Wind, Qftry, Cztery Refy i Smugglers (kilku zabrakło, ale nie można mieć wszystkiego). Młodzież, North Cape i Sąsiedzi, też już nie odstaje, a pojawia się już na scenie młodsze stażem pokolenie - Pod Wiatr. Niestety tych ostatnich, grających na jakimś poziomie, coraz mniej (m.in. dlatego, od lat nie odbywa się już konkurs na Kubryku). W tym roku, na części tradycyjnej, nic nie było takie, jak się spodziewałem. Wydawało mi się, że znam te grupy już niemal na pamięć no i miałem rację... wydawało mi się.

Zaczęło się od grupy Pod Wiatr. Oto lider, Radek Wójtowicz, zamiast na banjo w pieśniach kubryku, przygrywał zespołowi na… gitarze basowej (sic!). Jeszcze nie tak dawno, na Kubryku byłoby to nie do pomyślenia. Nowe czasy jednak i tu docierają. Młoda grupa z Ostrowca Świętokrzyskiego, inspirująca się głównie bluegrassem i country (choć i nuta irlandzka była słyszalna), zrobiła spore postępy od ostatniego naszego spotkania. Skrzypek - Piotr Wisowski - pokazał się z dobrej strony. Z braku banjo, brzmienie jego skrzypiec nadawało grupie charakteru. Dobrze zabrzmiała, po raz pierwszy śpiewająca solo, jedyna w składzie dziewczyna - Małgorzata Wilczyńska. Na debiut solowy wybrała utwór znany mi z repertuaru Julie Fowlis. Powiem, że był to krok dość odważny, bo głos Julie jest niemal niebiański i niepowtarzalny, i byłem ciekaw jak wypadnie porównanie. Wypadło dobrze. Słychać było jeszcze nieśmiałość, ale przyznać muszę, że głos ma Gosia ciekawy i jest w nim potencjał. Trzymam kciuki.

Wiele sobie obiecywałem po występie kolejnego wykonawcy - North Wind. Tegoroczne zmiany w składzie NW (odeszli Jacek Apanasewicz i Grzegorz Lewtak) trochę namieszały, ale takie zmiany często ujawniają nowe atuty (bądź słabości), ale to zawsze ciekawy moment dla słuchacza. Przebolałem już brak banjo u poprzedników, a tu kolejna "dziura". Co prawda "nowy" się pojawił, ale "stary" z kolei nie dojechał. Z przyczyn niezależnych nie wystąpił Piotr Lasko i zespół nie mógł objawić mi się w pełnej, nowej krasie. Nie ma jednak tego złego, bo przez to, jak się okazało. koncert trafił u mnie do kategorii "wyjątkowy". Emil Kulbacki, który doszedł z suwalskiej formacji Zmiana Wachty, wniósł do NW mocny, ale ciepły, niski głos oraz… klarnet (sic!). Muszę przyznać, że pieśni dawnych żaglowców z akompaniamentem klarnetu się nie spodziewałem (choć w Bretanii już parokrotnie ten instrument w "tradycyjnych" zespołach słyszałem). Szanty zaśpiewane w trio, nabrały jeszcze bardziej surowego klimatu - było pięknie. Mogę ogłosić fanom tej grupy, że choć to już nie ten sam wiatr, ale nadal potrafi przeniknąć do szpiku kości. Harmonie tworzone przez Jurka Ozaista, Przemka Maruchacza i Emila wibrowały przyjemnie w uszach, ciary szły.

Szczecińska grupa Qftry także mnie zaskoczyła. Niby skład bez zmian, niby znany repertuar (poza piosenką-żartem z repertuaru Filipinek) a jednak było inaczej - jak to się mówi, "żarło" jak rzadko kiedy. Płynęli z utworu na utwór nabierając mocy. Głosy brzmiały wręcz idealnie, czasem za idealnie. A wszystko przychodziło im z taką lekkością, jakby byli zawodową formacją i niczego innego w życiu nie robili. Jak później w rozmowie mówił mi Łukasz Kruszyński, bardzo cieszyli się na ten przyjazd, bo od wielu lat się nie udawało, więc dali z siebie wszystko. Na scenie czuli się świetnie, komfortowe warunki występu z pewnością się do tego przyczyniły. Mój zachwyt podzielili widzowie i w pełni zasłużenie "oddali" Qftrom Nagrodę Publiczności (484 zł i 0,52 euro).

Przerwa.

A po przerwie ja na próbie, a na sali, jak mówili obecni, jeden z najlepszych występów Smugglersów. Brzmienie, nastrój, tematyka - ponoć najlepszej próby. Załapałem się na końcowy utwór i aplauz - potwierdzający tylko, że ominęło mnie coś ciekawego. Żal tym większy, że Smugglersi wystąpili na Kubryku po długiej, długiej przerwie i tylko dlatego, że poszli na kompromis i zrezygnowali z perkusji. Cóż, po nich na scenę wchodził mój zespół więc, mobilizacja była konieczna.
Sąsiedzi także zaskoczyli kubrykową publiczność jeśli chodzi o skład. Ponieważ nie mogła przyjechać Dominika, poprosiliśmy Adriana Poznachowskiego, by z nami zaśpiewał. I tak na dechach ŁDK spotkali się nasz poprzedni gitarzysta Adrian, z tym który go w tym roku zastąpił - Piotrem. Było wyjątkowo, bo Sąsiedzi na 5 męskich głosów dawno nie śpiewali i pewnie szybko nie zaśpiewają.

W Łodzi, na straży jakości dźwięku, od lat stoi Tomek Podwysocki, radiowiec, który niejedną folkową kapelę… "wykręcił". Dzięki temu można się było skupić na sztuce a nie na materii. To podkreślają zgodnie wszyscy uczestnicy Kubryków, że komfort śpiewania, gdy po drugiej stronie jest znający się na rzeczy akustyk, jest bezcenny. Na zakończenie naszej części zaśpiewaliśmy dwa utwory z towarzyszeniem gospodarzy - Czterech Refów, i jeszcze jeden, niejako w rewanżu na rozpoczęcie ich występu. Mam nadzieję, że to już będzie taka nasza kubrykowa tradycja.

Cztery Refy też zagrali w niepełnym składzie. Zabrakło Wiktora Bartczaka, który w tym czasie koncertował na toruńskim festiwalu "Celtycki gotyk", ale że Refy w repertuarze mają setki pieśni mórz i folkowych melodii, ten brak mógł być łatwo zneutralizowany. Nie raz już opisywałem na łamach Folk24.pl ten zespół, więc nie będę się powtarzał - jeśli chcecie wiedzieć o co w tradycyjnym folku morskim chodzi, zwłaszcza z szantami - polecam, bo za nimi na scenie już tylko morze.

Na zakończenie pojawiła się piątka wokalistów, czyli grupa North Cape ze Śląska, która tak udanie wróciła na scenę żeglarską rok temu zdobywając Nagrodę Publiczności na Kubryku. Różnica między ubiegłorocznym a tegorocznym występem była znacząca. Już pewni swego, mocniejsi, uśmiechnięci, zawładnęli publicznością od samego początku wprowadzając na scenę trochę znanych szant i piosenek. Energetyczny, wciągający do zabawy występ. Dobry strzał na koniec morskiego na wskroś koncertu.

All hands on deck

Tradycją festiwali żeglarskich jest tzw. "all hands". To skrót od "all hands on deck", komendy, która w nagłych wypadkach wzywała wszystkich wolnych marynarzy na pokład do pracy. Na festiwalu, na komendę "all hands" wszyscy wykonawcy danego dnia meldują się na scenie, by pożegnać się z publicznością ostatnią pieśnią. Zwykle jest to "Pożegnanie Liverpoolu/The Leaving of Liverpool", i tak było i tym razem ale znów pojawił się element wyjątkowości. Oto bowiem wśród wykonawców znaleźli się obaj tłumacze angielskiego oryginału - Jerzy Rogacki i Krzysztof Kuza (nie występujący już na scenie).

Koncerty w tawernie

Jedni mają kluby festiwalowe, a żeglarze tawerny. W tym roku rolę tawerny festiwalowej, po zamknięciu Gniazda Piratów, przejął Keja Pub. Z Sąsiadami graliśmy tu dwukrotnie, więc miło było po latach znów zobaczyć roześmianą twarz gospodarza, poczuć się jak u siebie no i zagrać i zaśpiewać. Koncertowali tego dnia, w wypełnionej do ostatniego miejsca Kei - Pod Wiatr, Smugglers, North Cape i Sąsiedzi. Oficjałki skończyły się o trzeciej, a nieoficjałki trwały do… siódmej nad ranem. Dumny dodam, że z naszm nowym gitarzystą "Plackiem" i kilkoma Refami zamykaliśmy Keję.

Słowo na koniec

Niestety w tym roku Łódzkie Spotkania z Piosenką Żeglarską "Kubryk" odwiedziło mniej widzów. Różnie z tym jest, różne czynniki mają na to wpływ - piękna pogoda za oknami, brak budżetu na porzadną promocję i… niedokończone autostrady ;). Wnosząc po niekompletnych składach kilku zespołów, trochę zaskakujący i niedogodny przez to mógł być termin (standardowo festiwal odbywa się tydzień wcześniej). Rok i dwa lata temu widzów było więcej. Ważne jednak, że Kubryk cały czas trwa.

Jak dożyjemy, na pewno tam będziemy.

*) Piosenka autorstwa Jerzego Porębskiego pt. "Gdzie ta keja", nie jest szantą, choć wielu mylnie ją tak określa. Od lat toczą się spory w środowisku co jest szantą a co nie, a "Gdzie ta keja" stała się symbolem tego sporu. Podczas koncertu w Łodzi Sąsiedzi wykonali ten utwór, zmieniając go w szantę na dwa pociągnięcia by pokazać jak by brzmiała "Keja", gdyby rzeczywiście była szantą.

 

28 Łódzkie Spotkania z Piosenką Żeglarską "Kubryk", 25-26.05.2012, ŁDK, Łódź
Portal Folk24.pl był patronem medialnym wydarzenia

Newsletter

Zapisz się na cotygodniowy newsletter folkowy
Pokaż menu