Katk Kutsariks i Hel

Estonia (Metsatöll) vs Wyspy Owcze (Týr)
Witt Wilczyński, 29 kwietnia 2019
Fot. Press
Treściwie i... przydługo – tak w skrócie można powiedzieć o nowych płytach folkmetalowych potęg z Estonii i Wysp Owczych. Porównując oba krążki nie sposób oprzeć się wrażeniu, że choć to inne brzmienia, łączy je pradawny duch dwóch mórz.

Zacznijmy zatem od, bliższej nam geograficznie, Estonii. 

Nową płytę formacji Metsatöll rozpoczyna przepiękny, chóralny, a capella zaśpiewany kawałek „Toona”. A potem następuje kwintesencja bałtyjskiego folkmetalu. Estończycy łącząpagan metalowy krzyk” ze zmiennymi tempami (od wolno toczących się żaren aż po rozpędzony po nocnym niebie bolid) i folkowym sznytem ludowego instrumentarium. To połączenie brzmień kankli i dud z ciężkimi riffami to od lat ich znak rozpoznawczy a „Katk Kutsariks” (wydany oficjalnie 24 lutego 2019) to kolejny krok w umocnieniu ich pozycji w folkmetalowej Europie. Utwór „Ballad punastest paeltest” wciska w fotel nie tylko riffami, ale przede wszystkim znakomitymi męsko-damskimi wokalami!

„Tavelhambad” to z kolei potężna dawka wykrzyczanej nostalgii, która połączona z estońskim językiem i rzewnym fletem oddaje prastarego ducha północnych Inflant. „Kurjaruur” to wizytówka tego albumu i estońskiego folkmetalu w ogóle, a „Metsaviha 4” to ten moment, kiedy jest tu więcej folku niż metalu – bo w „Metsaviha 5” mamy już przewagę „bleczura" - mimo folkowych wokaliz. To nie koniec niespodzianek,  w „Koduhiite kaitsel” dochodzą do głosu klimaty patetyczno-operowe, a końcówka jest doom metalowo-psychodeliczna i jednocześnie... balladowa.

Mamy dopiero początek maja ale wiele wskazuje, że „Kat Kutsariks” jest już w tej chwili jedną z najważniejszych płyt folkmetalowych 2019 roku!

Co na to Wyspy Owcze?

 Po 6 latach ciszy, w marcu br.  Týr wydał krążek o swojskim tytule Hel”. I nie chodzi tu o nasz nadbałtycki półwysep nazywany jeszcze czasami krowim ogonem" tylko o Całość". Album zaczyna się… nie, nie tupotem białych mew, heh...,  tylko znakomicie dobrą solówką gitarową! A ta przechodzi w symfoniczno-folkmetalową, bardzo długą opowieść o skandynawskich bogach i herosach, wykrzyczaną growlem, jak i typowym, týrowym” wysokim, męskim głosem... Hel” to także bardzo dużo melodyjnego heavy metalu - ale tego bliższego Bucovinie niż Iron Maiden.

Gdy klimat zwalnia, zaczyna do głosu dochodzić brzmienie stonerowo-doomowe, okraszone balladowym śpiewem z nałożonymi pogłosami. To daje wyobrażenie falujących mórz, płynących łodzi z Wikingami na pokładach... i całego tego wczesnośredniowiecznego, nazwijmy to, roboczego brudu” olinowania, stali oręża, blizn na twarzach i wiatru potarganych bród. Gorzej, że z kawałka na kawałek stają się one coraz bardziej do siebie podobne i przez to kunszt gry (znakomity w każdym calu) zaczyna być przykrywany mglistym obłokiem nudy… Ten album jest po prostu trochę za długi. Niemniej przestrzeń brzmień i ogólna mistyka jest świetna, dlatego warto sobie te opowieści dawkować w porcjach. Wtedy i balladowe King of Time” i (jak to się niekiedy w środowisku muzycznym mawia z lekkim przekąsem) gitarowo-onanistyczne" Fire and Flame” będzie bardziej smakowało. Płyta jest wręcz przepracowana” i technicznie naszpikowana niczym sonda kosmiczna – ale jest w niej stara, dobra, ludowa moc. Także warto po nią sięgnąć! Ten album też powinien sporo namieszać w folkmetalowych rankingach pod koniec tego roku.

Jak widać, słychać i czuć, ugruntowane od lat, folkmetalowe potęgi z Północy mają się bardzo dobrze. Trudno mi jednoznacznie ocenić, czy „Katk Kutsariks" czy „Hel" jest lepszy... Oba krążki są dopracowane i przemyślane, oba są wyznacznikami współczesnego folkmetalu, oba są też od siebie różne i charakterystyczne dla ich twórców. Metsatöll kazał czekać trzy lata na nowy materiał, Týr - aż sześć. Ale warto było poczekać!

Newsletter

Zapisz się na cotygodniowy newsletter folkowy
Pokaż menu